Odsłona druga - kobieta i życie.
RSS
środa, 17 października 2012

Już po północy, ale spałam trochę po południu, więc jeszcze nadaję. Było tak: Adam mnie budzi, że obiad na stole, ja zaspana, że może zjem później. Mężu zdecydowanie, że nie, nie, nie, bo mama przygotowała coś specjalnie dla mnie. No dobra! Zwlekłam się średnio radośnie i średnio przytomnie z łóżka i poszłam na dół. Coś mi było podejrzane, jakiś spisek w powietrzu czułam… Ja patrzę, a na stole w kuchni stoi największy możliwy karton z pizzą. Szok!!! I śmiech całej rodzinki na widok mojej zdumionej miny. Wyjaśniam: Adam i ja często żartobliwie odgrażamy się Mamie, która bardzo lubi nas kulinarnie dopieszczać, że "zamówimy sobie pizzę". Nazwa "pizza" funkcjonuje więc w naszym domu jako synonim niezdrowego żarcia, tego co najgorsze, bo robione i jedzone w pośpiechu, z tego co się nawinie.

Skąd się wzięła ta pizza? Historia była taka: Ja spałam, a zgłodniały Adam myszkował za czymś obiadowym. Kochana Mama chciała mu coś szykować, ale równocześnie chciała też obejrzeć coś w telewizji. Rzuciła więc hasło "Zamów pizzę!", a gdy mój osłupiały mąż upewniał się, czy aby na pewno i czy sobie żartów z niego nie robi, stwierdziła, że nie chce jej się dziś pichcić i też chętnie zje. Adam upewniał się kilka razy, bo nie wierzył. W końcu zamówił Rodzinną pizzę o średnicy 60 cm (!!!) z dowozem. Taki numer! :-))

Pizza była naprawdę olbrzymia, jeszcze takiej nie widziałam. A najfajniejsze, że rodzicom bardzo smakowała, Mama się wprost zajadała. Raz coś innego.

Ha, i pewnie już nie będą mówić o pizzy z taką pogardą. ;-))

00:57, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 października 2012

Moja imienniczka słusznie napisała w komentarzu pod poprzednią notką, że jak już ciuchy przeglądam, to chyba mi lepiej. Coś w tym jest – baba to baba. ;-)) Lubię, lubię – nie ukrywam!

Wreszcie lepiej się czuję, pewnie przez antybiotyki, ale może też dzięki nowym tabletkom. Lekarka poleciła mi Sinupred - niby ziołowe, ale skutecznie czyszczą zatoki; kieszeń niestety też – cóż, złotówki nie kosztują. :-(( Zaczęłam je brać i chyba pomagają. Pomogły też podobno córce znajomej.

U Rodziców była dziś z wizytą znajoma – emerytowana pani neurolog. To ona mnie badała przy okazji objawów neurologicznych (25 lat temu), które jak się okazało, były pierwszymi symptomami zdiagnozowanego później stwardnienia rozsianego. Jak na tak długi czas chorowania oceniła mnie całkiem, całkiem. I tego się trzymajmy! :-)

22:08, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
środa, 10 października 2012

Nie mogę pozbyć się infekcji. Lekarka zaordynowała mi dziś drugą serię antybiotyków, bo nadal kaszlę, psikam, kicham i pociągam nosem. Poza tym "coś po tylnej ścianie spływa" (uwielbiam lekarski język! :-)) ) Ale mówić już mogę, więc "ciche dni" w naszym domu to przeszłość. Adam złośliwie twierdzi, że nieodżałowana. ;-))

Działam na pół abo nawet na ćwierć gwizdka. Robię tylko to, co jest bezwzględnie terminowe i konieczne. Na moim biurku rośnie góra pism i rachunków – musi poczekać, nie mam do tego głowy; może nam tak od razu głowy nie urwą. Z tego stosu wyciągnęłam tylko katalog z ciuchami i właśnie go przeglądam. I już! ;-)

23:19, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 października 2012

W czwartek pojawił się kaszel, wczoraj rano już nie mówiłam, tylko szeptałam – zapalenie krtani! :-( Tak to zwykle u mnie przebiega – jak dopadnie, to już nie puści – jako nastolatka miałam usunięte migdały, więc brakuje mi tej bariery ochronnej, która mogłaby zatrzymać infekcję. A więc antybiotyk, syropek i inne medykamenty plus polegiwanie w łóżku. Muszę się kurować, bo we wtorek mam coś terminowego do załatwienia.

18:53, ju-sty-na
Link Komentarze (5) »
środa, 03 października 2012

Ładny kwiatuszek? Kapusta ozdobna – dostałam od znajomych. Jeszcze nic nie wiem o jego hodowaniu, tylko tyle, żeby nie podlewać za dużo, muszę poczytać. Podobno można kupić też takie cięte – do wazonu. Aha, koty tego nie jedzą. Przynajmniej nasze. ;-))

20:48, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 października 2012

I mamy październik! U nas początek zapowiadanych zmian. Poprzedni tydzień był już bardzo "niecierpliwy". Jeszcze musimy nadgonić trochę zaległości, ale już widzę, że skupienie się na jednym, bez tego ustawicznego rozdarcia między etatem a "pracą na swoim", to był dobry ruch.

Znalazłam w sieci takie zdanie: "Jeśli ktoś był kapitanem nawet małego stateczku, to nie jest w stanie przyjąć posady palacza, choćby to był transatlantyk." Oj tak! Minione dwa lata etatowej pracy były dla Adama cierpieniem, bo chyba widział więcej niż inni – od zawsze pracujący tylko na etacie; widział absurdy, brak organizacji i kontroli, bałaganiarstwo i marnotrawstwo. I zżymał się na to, bo był właśnie takim "palaczem".

Zamknęliśmy rozdział, zaczynamy nowy. Trzymajcie za nas kciuki!

23:27, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »